sobota, 9 listopada 2013

Krem z soczewicy

Jako, że tyle się ostatnio naczytałam o zaletach soczewicy (http://mizernezmiany.blogspot.com/2013/10/soczewica.html) to postanowiłam wykorzystać to świetne warzywo i ugotować zupę-krem. Nie skorzystałam niestety z przepisu Agi, a z innego, który znalazłam w internecie. Miało być na sposób włoski;) Wyszło mi nie za bardzo, a po zmiksowaniu wyglądem przypomina błoto...

tak to wygląda w internecie
a oto mój brzydal błotny

piątek, 8 listopada 2013

Nie mam się w co ubrać!

Ostatnio znacznie dotkliwiej niż zwykle zaczął mi doskwierać problem, który od wieków trapi kobiety. I nie pomogą tu badania naukowe, nie pomogą najtęższe umysły Świata. Problem jest, był i będzie.. A mianowicie -Nie mam w co się ubrać!
 Mąż mój dostaje już białej gorączki, gdy tylko słyszy ten tekst;) A słyszy go prawie codziennie.. Ale taka jest prawda.. Niby 80% wieszaków w naszej wspólnej szafie zajmują moje ubrania, niby mam 2 szuflady więcej od niego, ale co z tego?!

Przed dietą narzekałam, bo już powoli przestawałam się mieścić w swoje stare ubrania, a nowych w tak wielgachnym rozmiarze nie chciałam kupować. W ogóle jak już wyrosłam z  tak zwanej "normalnej" rozmiarówki w moich ulubionych sklepach, to przestałam chodzić na zakupy. To przykre słyszeć od sprzedawczyni, że : "niestety, ale tych spodni nie mamy w większym rozmiarze". Zawsze wtedy czułam na sobie to spojrzenie mówiące - nasz sklep nie jest dla takich grubasów. Choćby pani w sklepie była najmilsza, to ja i tak czułam się okropnie. Bo to przykre wychodzić poza  ustalone standardy, poza ramy, które ktoś ustalił. Nie wiem właściwie kto tak wymyślił, że przeważnie rozmiary kończą się na 42 i XL (rzadko XXL). Znając życie zadecydowała tutaj skostniała statystyka. Może przeciętna obywatelka Świata mieści się w rozmiarach od 36 do 42, ale co z tymi mniejszymi i większymi nieszczęśniczkami?! No zapytać w sklepie o rozmiar 34 to byłby dla mnie powód do dumy (;)), ale o 44 to już dramat.. Tak czy inaczej, w pewnym stadium kategorii wagowej, zakupy przestały mnie cieszyć. Wracałam z nich zwykle z pustymi rękami albo z jakimś drobiazgiem typu bransoletka, rzadziej bluzka. Dział spodni omijałam wielkim łukiem, bo wiedziałam, że samo szukanie spodni na mój okazały tyłek wpędzi mnie w depresję, a znalezienie takich, w których wyglądałabym zadowalająco (dobrze to za dużo powiedziane) graniczy z cudem.
Moje "miernikowe" spodnie


Jak zaczęłam o siebie dbać zgodnie z zaleceniami specjalistów z Tuana, nie od razu zauważyłam różnicę. Jednak cierpliwie czekałam i konsekwentnie realizowałam program (przecież nie mogłam się poddać na starcie). Pierwsze zauważalne efekty przyszły po dwóch-trzech tygodniach. Fajnie było znów się mieścić w ubrania, które wcześniej skazałam na stracenie, bo były stanowczo za małe. Mam takie białe spodnie, które są moim prywatnym miernikiem wyglądu (jeśli w ogóle coś takiego da się zmierzyć...) - jak są za małe to znaczy, że jestem stanowczo za gruba, jak się w nich dopinam, ale ledwo, to znaczy, że jestem gruba, a jak w nie wchodzę bez problemu to znaczy, że może być (i wtedy czuję się świetnie). Wszystkie te stadia zaliczyłam w kolejności od najgorszego do najlepszego, co napawało mnie dumą. To naprawdę świetne uczucie jak stare ubrania znów na Tobie świetnie leżą! I jak przy tym oszczędność;) Program zakończyłam z efektem, który mnie zachwycił i BMI na poziomie ok 24. Nie mam oczywiście złudzeń i wiem, że nie są to parametry modelki i ze jest milion kobiet, które wyglądają lepiej ode mnie. Ale dla mnie osiągnięcie takiego pułapu było i jest wielkim sukcesem. Wiem, że może nie wszystkim mieści się to w głowie, ale ja nigdy nie chciałam być modelką, ale zawsze chciałam podobać się sobie i dobrze czuć się ze swoim wyglądem. W moim przypadku oczywiście nigdy nie osiągnę takiego stanu, ale zrzucenie 10 kg zbliżyło mnie do niego:)
Przed
 i w dodatku z koszmarną fryzurą..
Po
Sesja końcowa w Tuanie



Tak czy inaczej dalej stosuję się do zaleceń. Może mniej konsekwentnie, ale jednak. To już właściwie nie zalecenia, ale styl życia. Spodobało mi się bowiem to przejście na zdrową stronę:) Dzisiaj mogę tylko powiedzieć, że białe spodnie nie są już dobrym miernikiem, bo najzwyczajniej w świecie stały się za duże. Prawie wszystko, co miałam w szafie jest za duże i znowu nie mam się w co ubrać... Powoli zaczynam się przekonywać do zakupów i nawet miło mi jest gdy przymierzam jakiś rozmiar nie największy z możliwych;)

niedziela, 3 listopada 2013

A doba wciąż za krótka..

Przyznam szczerze, że ostatnio zrobiłam się jakaś nerwowa. Nie mam cierpliwości dla innych ludzi i napada mnie irytacja, gdy choć chwilę muszę czekać w kolejce lub stać w korku. Bardziej niż zwykle jestem zła na siebie  kiedy coś mi wypadnie z rąk, pokruszy się, wyleje itp. (niestety zdolny ze mnie typ i wszystko to zdarza mi się codziennie). I jakoś wszystko jest przeciwko mnie.

Coś czuję, że wszystkiemu winny jest niedobór sportu, na który cierpię ostatnio. Bo niestety moje dni stały się coraz krótsze (mimo, że doba nadal trwa 24 godziny) i na nic ostatnio nie mam czasu. Wprawdzie spędzam dużo czasu na świeżym powietrzu, ale to nie to samo...

Z tęsknotą wspominam czasy kiedy uczestniczyłam w Tuanowym programie kształtowania sylwetki i po prostu musiałam znaleźć czas dla siebie. Tak wszyscy wtedy o mnie dbali - i trenerzy i masażyści.. I ja sama dbałam o siebie. I ciągle ćwiczyłam i miałam fajne zabiegi. Czułam się taka  zrelaksowana..


A teraz... Dni przeciekają mi przez palce. Miałam taki dobry plan na zrzucenie jeszcze kilku kilogramów, a nie mam kiedy się za niego zabrać. Biegam ciągle między pracą a domem i nie mam czasu ani na siłownię, ani na rower, pomijam niektóre posiłki, inne jem w biegu.. Gotuję sobie wprawdzie nadal dietetycznie, nie szaleję z kaloriami i oczywiście staram się mimo wszystko ćwiczyć w domu przynajmniej pół godziny dziennie, ale to wszystko za mało! Za mało żeby waga drgnęła w dół i za mało żebym mogła dać upust swoim negatywnym emocjom.. Nie sądziłam, że kiedyś to powiem, ale tęsknię za ciężkimi ćwiczeniami, za potem ściekającym po czole i za tym uczuciem, kiedy siadam w szatni po treningu ledwo żywa, ale ze świadomością, że pokonałam kolejną barierę własnych słabości, że stać mnie na więcej niż mi się wydawało.

Jeśli byliście kiedyś w siłowni w Tuanie to nie mogliście nie zauważyć wielkiej fototapety ze zdjęciem ćwiczącego mężczyzny. Patrzy się on prosto na Ciebie i w jego oczach widać tą całą determinację i siłę, która nie pozwala mu się poddać. To głupie, ale w chwilach totalnego braku sił patrzę sobie na niego i myślę - "co, myślisz, że tylko Ty jesteś taki twardy?! No to patrz na mnie!", po czym oczywiście następuje pasmo moich spektakularnych sukcesów sportowych;)

Kiedyś zmuszenie mnie do jakiegokolwiek wysiłku graniczyło z cudem. Ciężko mi było się zmobilizować Kanapa była wygodna i bezpieczna i usidliła mnie na dobre. Nie chcę, żeby te dni wróciły.. I nie chodzi tu już wcale o to jak wyglądam (chociaż to, że mieszczę się w mniejsze ubrania wciąż mnie zachwyca), ale o to jak się czuję. Bo mój organizm przyzwyczaił się do zdrowego trybu życia i polubił go nawet, a na każdą negatywną zmianę reaguje rozdrażnieniem.

Oby przyszły tydzień obfitował w więcej wolnego czasu - już ja będę wiedziała jak go wykorzystać :)

Smocza piękność


Żeby ten listopad nie kojarzył się już tylko i wyłącznie z szarością i smutkiem, przedstawiam Wam mój najnowszy kulinarny zakup - jak dla mnie najpiękniejszy owoc na Świecie - PITAJA nazywana też smoczym owocem. Co ciekawe pitaja to kaktus, który kwitnie tylko w nocy, dlatego też określa się go mianem księżycowego kwiatu.

Tak wygląda po przekrojeniu

A tak rośnie

sobota, 2 listopada 2013

Lektura na listopad

Listopad wprowadził mnie w tak nostalgiczny nastrój, że postanowiłam wrócić do książki, którą czytałam już dawno. Książka ta jest dla mnie prawdziwą inspiracją i motywacją do stawiania sobie poprzeczki coraz wyżej. Przypomina też o tym, co w życiu naprawdę ważne. Smutna i piękna - "Ostatni wykład" -Randy Pausch.


nostalgicznie

Dobrze, że są takie dni, kiedy można się zatrzymać w codziennym pędzie i zanurzyć we wspomnieniach. Oddać choć kilka chwil tym, którzy odeszli..

Jednocześnie w takie dni zawsze też myślę o sobie (no jak to egoistka;)). Myślę o tym, jak wiele pięknych chwil marnuję bezpowrotnie, jak mało czasu poświęcam innym i że może zbyt poważnie podchodzę do życia.

Życie to wielki dar, który dostaliśmy całkowicie za darmo i nieoczekiwanie. Dostaliśmy je też bez gwarancji, że wszystko nam się uda i że zawsze będzie się toczyło gładko i bez przeszkód.  Im więcej kłód rzuca nam pod nogi, tym bardziej je cenimy, im częściej karmi nas goryczą porażki, tym słodszy staje się dla nas smak zwycięstwa.

Życie da mi tylko to, co ma dla mnie i choćbym nie wiem jak chciała i jak bardzo się starała, to nie zdołam dostać wszystkiego, czego pragnę.. Muszę wyciągać ręce po to co realne i nie zamartwiać się tym co było i tym, że może dokonałam jakiegoś złego wyboru lub podjęłam złą decyzję. Życie toczy się tu i teraz, każda z chwil ma swoją wartość..


niedziela, 27 października 2013

Jęczmienna - kasza w trzech odsłonach

Jak łatwo można się domyślić, jestem wielką zwolenniczką kasz. Dzisiaj napiszę trochę o kaszy jęczmiennej.
Występuje ona w trzech postaciach : pęczak, łamana i perłowa (jak dla mnie każda smakuje inaczej). Ma wysoką zawartość błonnika. Zabezpiecza również przed nagłym wzrostem cukru we krwi, więc na odchudzanie jak znalazł;P Poza tym wykazuje działanie przeciwalergiczne, przeciwwirusowe, przeciwzapalne, antyoksydacyjne, antycholesterolowe i ogólnie antyzło..