sobota, 30 listopada 2013

:)

Mikołajki tuż..tuż.. Może w tym roku warto sprawić prezent również sobie..

A po treningu...

A po treningu muszę siebie jakoś nagrodzić. Dzisiaj pyszny koktail bananowy.
W wykonaniu prosty, w smaku pyszny - wystarczy banana zmiksować z jogurtem i już:)





czwartek, 28 listopada 2013

ja ćwiczę wieczorem

Jak już wspomniałam - najbardziej lubię ćwiczyć popołudniami, kiedy cały ciężki dzień mam już za sobą. Jak przekonują specjaliści, nie jest to najkorzystniejsza pora na trening (no bo najlepiej rano). Na szczęście trening to trening i każdy ma swoje zalety.

www.demotywatory.pl

Oto zalety treningu wieczornego usprawiedliwiające poranne lenistwo:
+wieczorem łatwiej się skoncentrować, bo wszystkie zadania tego dnia mamy już za sobą,
+jest mniejsze ryzyko kontuzji (mięśnie rozgrzane po całym dniu),
+ można pozbyć się stresu nagromadzonego od rana,
+ łatwiej ograniczyć wieczorne podjadanie (przed treningiem nie można się przejadać, a po nie chce się jeść zbyt wiele),
+po wieczornym wysiłku łatwiej będzie nam zasnąć.




środa, 27 listopada 2013

Na dobry początek dnia

Gdy jadę rano do pracy, ledwo wybudzona i totalnie rozdrażniona tym, że mój sen tak brutalnie przerwał dźwięk budzika, to naprawdę ze szczerym zachwytem patrzę na ludzi biegających o TEJ PORZE po parku. Ciemno, zimno, ponuro -  w taki dzień i o takiej niezdrowo wczesnej porze nikt i nic nie wyrwie mnie z łóżka wcześniej niż potrzeba, a tymczasem są tacy co już radośnie sobie biegają ... Naprawdę podziwiam ten zapał, tą energię i determinację.



I szczerze zazdroszczę, bo ja niestety jeszcze nie doszłam do poziomu, w którym można sobie swobodnie przebiec kilka kilometrów bez zadyszki i z uśmiechem na twarzy. Stosuję raczej trening interwałowy i to w wydaniu light - naprzemiennie kilka minut szybkiego marszu i kilka minut biegu. W dodatku trenuję na siłowni, a nie w terenie, gdzie podobno jest trudniej (zmienne warunki, podłoże, nachylenie terenu itp.).

Tak naprawdę zastanawiam się czy taka forma porannej aktywności byłaby najlepsza dla mnie, bo kiedyś próbowałam ćwiczyć rano i na czczo i wskutek tych mizernych prób byłam nie do życia przez resztę dnia. Między innymi dlatego odpuściłam (innym powodem było oczywiście lenistwo i strach przed wyjściem z cieplutkiego łóżeczka o 5 rano).

źródło: fitness.sport.pl (Fot. Shutterstock)


Specjaliści jednak przekonują, że osoby, które chcą zrzucić zbędne kilogramy powinny ćwiczyć właśnie rano, bo wtedy najlepiej spala się tkanka tłuszczowa - bierzemy ją z zaskoczenia, kiedy ona jeszcze nie zdąży się obudzić;P Najlepiej podobno ćwiczyć na czczo - pomaga to podkręcić metabolizm. Ponadto naukowcy twierdzą, że poranne ćwiczenia poprawiają koncentrację, zdolność zapamiętywania i podejmowania decyzji. Dodatkowo również dodają energii na cały dzień.

Wszystko to cenne uwagi, ale niestety u mnie działanie takiego treningu jest zupełnie odwrotne. Czy jestem jakimś trudnym przypadkiem, albo tym 1% odstępstwa od reguły? Nie, tym razem nie jestem wyjątkowa;) Ćwicząc rano zapomniałam o jednej ważnej sprawie. Nie da się bowiem  zrobić porządnego, satysfakcjonującego treningu, gdy człowiek jest niewyspany. Nasz organizm potrzebuje tych 8-miu godzin snu i to nie tylko z czystego egoizmu i lenistwa, ale przede wszystkim po to by się zregenerować. W innym przypadku poranny trening  może wywoływać negatywne emocje, stres, a nawet zwiększać apetyt.
 Dlatego, żeby zacząć ćwiczyć ok 5 rano musiałabym położyć się spać ok 21, co ,ze względu na napięty grafik, uważam za niemożliwe.

Pozostają mi zatem treningi wieczorne. Popołudniami bowiem nie znoszę ćwiczyć i wtedy zawsze znajdę sobie jakąś wymówkę.


niedziela, 24 listopada 2013

Jak ja radzę sobie ze stresem

Oczywiście już się nie objadam słodyczami, nie palę papierosów i nie odreagowuję na innych;) Mi najbardziej pomagają, oczywiście oprócz pudełka na negatywne uczucia, ćwiczenia, basen, liczenie w myślach i relaks. Najlepiej jednak jest wyeliminować stresujące sytuacje. Wiadomo, że nie wszystko da się przewidzieć, ale w miarę możliwości staram się myśleć o tym, co w moich planach może pójść nie tak i zawsze mieć jakiegoś asa w rękawie:)

Jak inni radzą sobie ze stresem

Oto porady dla zestresowanych jakie znalazłam w wielkim źródle wszelkiej wiedzy (Internet rządzi;P):

-2 szklanki soku pomarańczowego dziennie - podobno wit C zmniejsza wydzielania hormonów stresu,

-pies - w końcu to najlepszy przyjaciel człowieka,
- gumowa piłeczka - można na niej odreagować negatywne emocje,
-ćwiczenia rozluźniające - skłony, przysiady itp. - w pracy trochę ryzykowne..,
-uspokajająca muzyka, medytacja, relaks - czemu nie - może masaż;),
-sprzątanie - uwaga może być to też czynnik stresotwórczy dla perfekcjonalistów,
- zakupy - super jeżeli zarabiamy adekwatnie do swoich potrzeb, gorzej jeśli konto świeci pustkami,
-uśmiech - dobry sposób choć w stresie ciężko się uśmiechać nawet po najlepszym dowcipie,
- bliska osoba - rozmowa pomaga, ale codzienne wylewanie swoich żalów, może spowodować, że ta osoba odejdzie do kogoś mniej zestresowanego,
-liczenie w myślach - pomaga w większości sytuacji podbramkowych, lepiej policzyć niż wybuchnąć,
-wyobraźnia - trzeba znaleźć jakiś zabawny akcent sytuacji lub wyobrazić go sobie,
-sport - odreagowanie całej sytuacji.

A Wy jak sobie radzicie ze stresem?

Stres - przyczyna kurczenia się spodni

Stres towarzyszy mi każdego dnia i to nie tylko w pracy. W czasach studenckich pojawiał się przed każdym ważniejszym egzaminem, potem przed każdą rozmową o pracę i w milionie innych sytuacji, na które nie zawsze miałam wpływ. Na szczęście to nigdy nie była ta forma stresu, która paraliżuje człowieka i nie pozwala mu logicznie myśleć, a ta druga - mobilizująca do działania. Ja po prostu nie potrafię siedzieć i płakać - muszę działać. Nic tak nie boli, jak świadomość straconej szansy, świadomość, że mogło się coś zrobić czy osiągnąć, ale ze względu na stres czy strach nie podjęło się nawet próby, by po to sięgnąć.

Kiedyś radzenie sobie ze stresem przychodziło mi bardzo łatwo - zajadałam go słodyczami:) Dlatego po każdej sesji egzaminacyjnej z trudem wciskałam się w spodnie. Jedzenie mnie uspokajało, a wyrzuty sumienia spowodowane przybraniem na wadze przychodziły z opóźnieniem.
odstesowywacze kiedyś;)

Nie muszę nikogo przekonywać, że był to bardzo kiepski sposób, nie tylko ze względu na efekty wizualne (oj..), ale przede wszystkim dlatego, że nie rozwiązywał problemu. Psycholodzy twierdzą, że nie można kumulować negatywnych emocji, że trzeba się zmierzyć ze swoimi lękami i słabościami. ze stresem również. Dlatego teraz walczę z pokusą sięgnięcia po słodycze w podbramkowej sytuacji. Staram się przeczekać, a potem rozładować całe to napięcie na siłowni lub basenie. Przyznam szczerze, że to naprawdę pomaga. Gdy jestem negatywnie nastawiona do Świata ( no po prostu wściekła), to daję z siebie więcej, biorę się za trudniejsze ćwiczenia i mogę ćwiczyć dłużej. Po siłowni czuję się wypompowana, ale dzięki temu nie mam siły się wściekać czy denerwować.
i teraz..


czwartek, 21 listopada 2013

Złośnica czyli ja

Pojawia się nagle i nie wiadomo skąd. I choćbym milion razy sobie obiecywała, że już mu ulegnę, zawsze jest inaczej. Przed egzaminem, przed ważnym spotkaniem, w pracy, a nawet za kierownicą - towarzyszy mi wszędzie i nie potrafię wyeliminować go z mojego życia. Stres, bo o nim mowa, jest ze mną każdego dnia i pozbycie go wydaje mi się niemożliwe.

No taka już jestem, że wściekam się, jak coś jest nie po mojej myśli, jak nie mam racji, jak mam rację, a nikt mnie nie słucha, jak chcę coś szybko skończyć, jak potrzebuję na coś więcej czasu niż mam, jak ktoś mnie popędza, jak ja kogoś popędzam, jak ktoś mnie krytykuje, krzyczy na mnie, albo ocenia niesprawiedliwie, a czasem po prostu tak dla zasady, bo złośnicą jestem od zawsze:) Oczywiście lata pracy z ludźmi nauczyły mnie, że nic tak nie pogarsza zaognionej sytuacji, jak krzyk, pokazywanie swoich humorów, nieuzasadniona krytyka i czysta ludzka złośliwość, więc trzymam swoje emocje na uwięzi i naprawdę trzeba się nie lada postarać wyprowadzić mnie z równowagi.

 Gdy ktoś wylewa na mnie swój jad, rozładowuje negatywne emocje i cały swój nieudany dzień, ja stoję i z najbardziej profesjonalnym i uprzejmym uśmiechem na jaki stać mnie w takiej chwili (oczywiście delikatnym, nie złośliwym!) i staram się wybrnąć z tej sytuacji z tarczą ( a nie na tarczy). I choć wewnątrz mnie wszystko się gotuje, choć mam ochotę wybuchnąć lub uciec i popłakać w kącie jak mała dziewczynka, to stoję i grzecznie słucham, bo od tego jestem:)

Tak sobie właśnie wyobrażam pudełko na negatywne emocje:)
 Zawsze w takich sytuacjach wyobrażam sobie duże pudełko, w którym starannie układam wszystkie te negatywne myśli, które w jednej chwili rodzą się w mojej głowie. Układam je, zamykam pudełko, dla pewności obwiązuję je jeszcze sznurkiem, wiążę kokardkę i taki piękny prezencik wstawiam na dno szafy. Szafę tą zamykam na klucz, a klucz chowam do kieszeni - wyciągnę go, gdy będę sama i po pracy i wtedy rozprawię się z zawartością pudełka.


Oczywiście w domu okazuje się, że bardzo dobrze, że nie wybuchłam, bo mój wybuch nie byłby adekwatny do sytuacji, bo bez tego, problem udało się szybko rozwiązać. To wielkie pudło, które wyobrażałam sobie w tamtej trudnej chwili w pracy, w domu okazuje się być małym pudełeczkiem, niewiele większym od pudełka zapałek;) Tak to już jest, że złość nie jest najlepszym doradcą i warto dać sobie ochłonąć, by dostrzec, że nie wszystko, co nas denerwuje, warte jest uwagi. Życie mamy tylko jedno (przynajmniej większość religii tak twierdzi) i nie warto go marnować na roztrząsanie przykrych sytuacji. Nie warto też zdobywać wrogów w walce o jakiś drobiazg, który za chwilę nic już nie będzie znaczyć. Czasem trzeba odpuścić - lepiej być zdrowym i szczęśliwym niż mieć zawsze rację:D

- ta piosenka mnie zawsze uspokaja:)

niedziela, 17 listopada 2013

45 dni..

www.demotywatory.pl
Ja niestety tak nie mam - zawsze idzie w pośladki;P
Do końca roku pozostało jeszcze 45 dni. Jest zatem jeszcze czas, by trochę poprawić swój wygląd i powitać Nowy Rok w nowym rozmiarze (oczywiście, jeśli w tym roku wygram ze świątecznym obżarstwem;)).


Biorę się zatem ostro do roboty, podwajam starania, bo już sobie znalazłam piękną sukienkę, w którą po prostu muszę się wcisnąć za miesiąc!
Na koniec - trochę motywacji..
www.demotywatory.pl
www.xdpedia.com
To jeszcze niestety nie ten etap;)



Gorące kamienie

Masaż gorącymi kamieniami - o tym właśnie marzę w chłodne wieczory:) Zabieg jest naprawdę mega relaksujący i rozgrzewający;) Nawet nie sposób tego do czegokolwiek porównać.. Musicie same spróbować:)

www.tuanclub.pl

sobota, 16 listopada 2013

Moje sportowe ja

Kiedyś wydawało mi się to czystą abstrakcją, ale da się znaleźć przyjemność w ćwiczeniach. Przyznaję, na pierwsze treningi szłam przerażona i zniechęcona, a wracałam w jeszcze gorszym stanie.. Po prostu mój wewnętrzny leń musiał się przyzwyczaić do tego, że nadszedł czas, gdy już nie będzie grał pierwszych skrzypiec:)

Teraz, gdy już ćwiczę od ponad 4 miesięcy, brak ćwiczeń odczuwam dotkliwiej niż głód;) Mój trener kiedyś powiedział, że jest zły jak sobie nie poćwiczy. Wtedy mnie to śmieszyło, a teraz też tak mam. Oczywiście nie wszystkie formy ćwiczeń są dla mnie. Odpuściłam sobie ćwiczenia grupowe (no oprócz aqua aerobiku) i skupiam się bardziej na pokonywaniu swoich granic na siłowni i na basenie. Odkryłam, co sprawia mi przyjemność i po prostu zaczęłam to robić:) I Was też zachęcam:)

www.tuanclub.pl

czwartek, 14 listopada 2013

Moje słoneczko na zimowe dni:)


Powoli zbliżamy się do zimy... Widać to w prognozach pogody (opady śniegu tuż tuż), na wystawach sklepowych (coraz więcej ciepłych ubrań), widać na zewnątrz (brr..). Widać na ulicy - nikt już nie odważy się wyjść w krótkich spodenkach (:)) Widać na twarzach ludzi - coraz mniej w nich letniej radości i optymizmu, a coraz więcej zmęczenia, smutku i szarości, która zawsze przychodzi wraz z brakiem słoneczka...

W sklepach spożywczych też niestety widać. Kurczą się działy owocowe, znikają jeżyny, borówki, maliny itp. Oczywiście można kupić mrożone lub te zagraniczne, ale to już nie ten smak i nie ta korzystna cena.. Pojawiają się owoce z zakątków Ziemi, gdzie pogoda jest łaskawsza niż u nas, ale nie każdy lubi egzotyczne smaki. I gdy już brak nadziei na coś pysznego, pojawia się ona - piękna i kobieca w swym kształcie, cudowna w smaku i niepowtarzalna w teksturze, a w dodatku nasza polska! Złota jak wspomnienie lata i słodka jak pierwszy pocałunek -gruszka, bo o niej mowa, ratuje ten okropny czas i stanowi miłą alternatywę dla wszechobecnych jabłek:)


"Nie wiesz jak smakuje gruszka?
Nie wiem jak smakuje Tobie.."


Pamiętacie ten film z  Nicolasem Cage`em (uwielbiam go!), który gra anioła. Anioł ten w pewnym momencie ma dość egzystencji, bo trudno to nazwać życiem, bez miłości, bólu, chłodu, radości, smutku, łez i  staje się człowiekiem, by żyć w świecie kobiety, którą pokochał ("Miasto Aniołów", z niego jest też cytat powyżej).. To mój ulubiony film, choć bez happy endu w hollywoodzkim tego słowa znaczeniu. Obok refleksji nad istotą życia, pojawiają się też elementy błahe, ale budujące naszą codzienność.W tle występują tam gruszki; to między innymi przez nie ginie główna bohaterka (Meg Ryan), bo chce udowodnić "byłemu" już aniołowi, co tracił nie znając ich aksamitnego smaku...

Co te gruszki mają w sobie, że tak nas kuszą?? Oczywiście smak:) A jak z wartościami odżywczymi? Nie ukrywajmy, w gruszce czai się sporo cukrów, a im bardziej dojrzała, tym jest ich więcej. Pomimo tego, dzięki wysokiej zawartości wody (ok 85%) nie jest aż tak kaloryczna, bo średni owoc ma ok 60 kcal. Poza tym znajdziemy w niej sporo błonnika, żelaza i witaminy C oraz jod.

Gruszki pobudzają perystaltykę jelit i wbrew pozorom nie są ciężkostrawne. Zaleca się je osobom cierpiącym na kamicę nerkową oraz zapalenie dróg moczowych.

Są też uniwersalne w kuchni - nadają się zarówno do deserów, ciast , jak i do  dań wytrawnych. Można z nich robić również kompoty. Niestety nie zdradzę Wam przepisu na moje ulubione - gruszki w czerwonym winie z sosem waniliowym, bo po pierwsze - nie jest to deser z serii tych polecanych przez dietetyka, a po drugie - przepis jest wielkim sekretem Mojego Męża;)

Mój ulubiony deser

sobota, 9 listopada 2013

Miasto kusi

Ostatnio dużo czasu spędzam poza domem, a tam czai się zło.. Z każdego rogu pachnie świeżymi bułeczkami maślanymi, kebabem, frytkami. Ciężko się walczy z pokusami i dlatego staram się nigdy nie wychodzić na takie wyprawy głodna, a jak już muszę coś kupić to jest to sok pomidorowy - smaczny i zdrowy:)
Najtrudniej jest mi jednak walczyć z zapachem kawy.. Uwielbiam kawę i mogę się wyrzec wszystkiego, ale z kawomanią walczyć się nie da. Jeśli macie ten sam problem, co ja, to muszę Was ucieszyć - w sieciowych kawiarniach można zamówić sobie pyszną kawę i w dodatku light:) Trzeba tylko ładnie poprosić, a zamiast mleka tłustego dostaniemy odtłuszczone, a zamiast zwykłego syropu smakowego - syrop bezcukrowy:) Może taka kawa bombą witaminową nie jest, ale na szczęście kaloryczną też nie, więc od czasu do czasu taki mały grzeszek może nam ujść na sucho:D


Nie chcę już być miśkiem

No i zrobiła się wreszcie brzydka jesień - szara i deszczowa a we mnie wstąpiły nowe siły. Zwykle o tej porze roku zachowuję się jak miśki przed zimą - gromadzę sadełko i szykuję się do zimowego snu.. Ale nie w tym roku! Nie wiem skąd mi się to wzięło - czy to przez ćwiczenia, czy z powodu diety, czy dlatego, że po prostu czuję się szczęśliwa, ale im brzydsza pogoda tym we mnie więcej energii :) Oby tak dalej!


Krem z soczewicy

Jako, że tyle się ostatnio naczytałam o zaletach soczewicy (http://mizernezmiany.blogspot.com/2013/10/soczewica.html) to postanowiłam wykorzystać to świetne warzywo i ugotować zupę-krem. Nie skorzystałam niestety z przepisu Agi, a z innego, który znalazłam w internecie. Miało być na sposób włoski;) Wyszło mi nie za bardzo, a po zmiksowaniu wyglądem przypomina błoto...

tak to wygląda w internecie
a oto mój brzydal błotny

piątek, 8 listopada 2013

Nie mam się w co ubrać!

Ostatnio znacznie dotkliwiej niż zwykle zaczął mi doskwierać problem, który od wieków trapi kobiety. I nie pomogą tu badania naukowe, nie pomogą najtęższe umysły Świata. Problem jest, był i będzie.. A mianowicie -Nie mam w co się ubrać!
 Mąż mój dostaje już białej gorączki, gdy tylko słyszy ten tekst;) A słyszy go prawie codziennie.. Ale taka jest prawda.. Niby 80% wieszaków w naszej wspólnej szafie zajmują moje ubrania, niby mam 2 szuflady więcej od niego, ale co z tego?!

Przed dietą narzekałam, bo już powoli przestawałam się mieścić w swoje stare ubrania, a nowych w tak wielgachnym rozmiarze nie chciałam kupować. W ogóle jak już wyrosłam z  tak zwanej "normalnej" rozmiarówki w moich ulubionych sklepach, to przestałam chodzić na zakupy. To przykre słyszeć od sprzedawczyni, że : "niestety, ale tych spodni nie mamy w większym rozmiarze". Zawsze wtedy czułam na sobie to spojrzenie mówiące - nasz sklep nie jest dla takich grubasów. Choćby pani w sklepie była najmilsza, to ja i tak czułam się okropnie. Bo to przykre wychodzić poza  ustalone standardy, poza ramy, które ktoś ustalił. Nie wiem właściwie kto tak wymyślił, że przeważnie rozmiary kończą się na 42 i XL (rzadko XXL). Znając życie zadecydowała tutaj skostniała statystyka. Może przeciętna obywatelka Świata mieści się w rozmiarach od 36 do 42, ale co z tymi mniejszymi i większymi nieszczęśniczkami?! No zapytać w sklepie o rozmiar 34 to byłby dla mnie powód do dumy (;)), ale o 44 to już dramat.. Tak czy inaczej, w pewnym stadium kategorii wagowej, zakupy przestały mnie cieszyć. Wracałam z nich zwykle z pustymi rękami albo z jakimś drobiazgiem typu bransoletka, rzadziej bluzka. Dział spodni omijałam wielkim łukiem, bo wiedziałam, że samo szukanie spodni na mój okazały tyłek wpędzi mnie w depresję, a znalezienie takich, w których wyglądałabym zadowalająco (dobrze to za dużo powiedziane) graniczy z cudem.
Moje "miernikowe" spodnie


Jak zaczęłam o siebie dbać zgodnie z zaleceniami specjalistów z Tuana, nie od razu zauważyłam różnicę. Jednak cierpliwie czekałam i konsekwentnie realizowałam program (przecież nie mogłam się poddać na starcie). Pierwsze zauważalne efekty przyszły po dwóch-trzech tygodniach. Fajnie było znów się mieścić w ubrania, które wcześniej skazałam na stracenie, bo były stanowczo za małe. Mam takie białe spodnie, które są moim prywatnym miernikiem wyglądu (jeśli w ogóle coś takiego da się zmierzyć...) - jak są za małe to znaczy, że jestem stanowczo za gruba, jak się w nich dopinam, ale ledwo, to znaczy, że jestem gruba, a jak w nie wchodzę bez problemu to znaczy, że może być (i wtedy czuję się świetnie). Wszystkie te stadia zaliczyłam w kolejności od najgorszego do najlepszego, co napawało mnie dumą. To naprawdę świetne uczucie jak stare ubrania znów na Tobie świetnie leżą! I jak przy tym oszczędność;) Program zakończyłam z efektem, który mnie zachwycił i BMI na poziomie ok 24. Nie mam oczywiście złudzeń i wiem, że nie są to parametry modelki i ze jest milion kobiet, które wyglądają lepiej ode mnie. Ale dla mnie osiągnięcie takiego pułapu było i jest wielkim sukcesem. Wiem, że może nie wszystkim mieści się to w głowie, ale ja nigdy nie chciałam być modelką, ale zawsze chciałam podobać się sobie i dobrze czuć się ze swoim wyglądem. W moim przypadku oczywiście nigdy nie osiągnę takiego stanu, ale zrzucenie 10 kg zbliżyło mnie do niego:)
Przed
 i w dodatku z koszmarną fryzurą..
Po
Sesja końcowa w Tuanie



Tak czy inaczej dalej stosuję się do zaleceń. Może mniej konsekwentnie, ale jednak. To już właściwie nie zalecenia, ale styl życia. Spodobało mi się bowiem to przejście na zdrową stronę:) Dzisiaj mogę tylko powiedzieć, że białe spodnie nie są już dobrym miernikiem, bo najzwyczajniej w świecie stały się za duże. Prawie wszystko, co miałam w szafie jest za duże i znowu nie mam się w co ubrać... Powoli zaczynam się przekonywać do zakupów i nawet miło mi jest gdy przymierzam jakiś rozmiar nie największy z możliwych;)

niedziela, 3 listopada 2013

A doba wciąż za krótka..

Przyznam szczerze, że ostatnio zrobiłam się jakaś nerwowa. Nie mam cierpliwości dla innych ludzi i napada mnie irytacja, gdy choć chwilę muszę czekać w kolejce lub stać w korku. Bardziej niż zwykle jestem zła na siebie  kiedy coś mi wypadnie z rąk, pokruszy się, wyleje itp. (niestety zdolny ze mnie typ i wszystko to zdarza mi się codziennie). I jakoś wszystko jest przeciwko mnie.

Coś czuję, że wszystkiemu winny jest niedobór sportu, na który cierpię ostatnio. Bo niestety moje dni stały się coraz krótsze (mimo, że doba nadal trwa 24 godziny) i na nic ostatnio nie mam czasu. Wprawdzie spędzam dużo czasu na świeżym powietrzu, ale to nie to samo...

Z tęsknotą wspominam czasy kiedy uczestniczyłam w Tuanowym programie kształtowania sylwetki i po prostu musiałam znaleźć czas dla siebie. Tak wszyscy wtedy o mnie dbali - i trenerzy i masażyści.. I ja sama dbałam o siebie. I ciągle ćwiczyłam i miałam fajne zabiegi. Czułam się taka  zrelaksowana..


A teraz... Dni przeciekają mi przez palce. Miałam taki dobry plan na zrzucenie jeszcze kilku kilogramów, a nie mam kiedy się za niego zabrać. Biegam ciągle między pracą a domem i nie mam czasu ani na siłownię, ani na rower, pomijam niektóre posiłki, inne jem w biegu.. Gotuję sobie wprawdzie nadal dietetycznie, nie szaleję z kaloriami i oczywiście staram się mimo wszystko ćwiczyć w domu przynajmniej pół godziny dziennie, ale to wszystko za mało! Za mało żeby waga drgnęła w dół i za mało żebym mogła dać upust swoim negatywnym emocjom.. Nie sądziłam, że kiedyś to powiem, ale tęsknię za ciężkimi ćwiczeniami, za potem ściekającym po czole i za tym uczuciem, kiedy siadam w szatni po treningu ledwo żywa, ale ze świadomością, że pokonałam kolejną barierę własnych słabości, że stać mnie na więcej niż mi się wydawało.

Jeśli byliście kiedyś w siłowni w Tuanie to nie mogliście nie zauważyć wielkiej fototapety ze zdjęciem ćwiczącego mężczyzny. Patrzy się on prosto na Ciebie i w jego oczach widać tą całą determinację i siłę, która nie pozwala mu się poddać. To głupie, ale w chwilach totalnego braku sił patrzę sobie na niego i myślę - "co, myślisz, że tylko Ty jesteś taki twardy?! No to patrz na mnie!", po czym oczywiście następuje pasmo moich spektakularnych sukcesów sportowych;)

Kiedyś zmuszenie mnie do jakiegokolwiek wysiłku graniczyło z cudem. Ciężko mi było się zmobilizować Kanapa była wygodna i bezpieczna i usidliła mnie na dobre. Nie chcę, żeby te dni wróciły.. I nie chodzi tu już wcale o to jak wyglądam (chociaż to, że mieszczę się w mniejsze ubrania wciąż mnie zachwyca), ale o to jak się czuję. Bo mój organizm przyzwyczaił się do zdrowego trybu życia i polubił go nawet, a na każdą negatywną zmianę reaguje rozdrażnieniem.

Oby przyszły tydzień obfitował w więcej wolnego czasu - już ja będę wiedziała jak go wykorzystać :)

Smocza piękność


Żeby ten listopad nie kojarzył się już tylko i wyłącznie z szarością i smutkiem, przedstawiam Wam mój najnowszy kulinarny zakup - jak dla mnie najpiękniejszy owoc na Świecie - PITAJA nazywana też smoczym owocem. Co ciekawe pitaja to kaktus, który kwitnie tylko w nocy, dlatego też określa się go mianem księżycowego kwiatu.

Tak wygląda po przekrojeniu

A tak rośnie

sobota, 2 listopada 2013

Lektura na listopad

Listopad wprowadził mnie w tak nostalgiczny nastrój, że postanowiłam wrócić do książki, którą czytałam już dawno. Książka ta jest dla mnie prawdziwą inspiracją i motywacją do stawiania sobie poprzeczki coraz wyżej. Przypomina też o tym, co w życiu naprawdę ważne. Smutna i piękna - "Ostatni wykład" -Randy Pausch.


nostalgicznie

Dobrze, że są takie dni, kiedy można się zatrzymać w codziennym pędzie i zanurzyć we wspomnieniach. Oddać choć kilka chwil tym, którzy odeszli..

Jednocześnie w takie dni zawsze też myślę o sobie (no jak to egoistka;)). Myślę o tym, jak wiele pięknych chwil marnuję bezpowrotnie, jak mało czasu poświęcam innym i że może zbyt poważnie podchodzę do życia.

Życie to wielki dar, który dostaliśmy całkowicie za darmo i nieoczekiwanie. Dostaliśmy je też bez gwarancji, że wszystko nam się uda i że zawsze będzie się toczyło gładko i bez przeszkód.  Im więcej kłód rzuca nam pod nogi, tym bardziej je cenimy, im częściej karmi nas goryczą porażki, tym słodszy staje się dla nas smak zwycięstwa.

Życie da mi tylko to, co ma dla mnie i choćbym nie wiem jak chciała i jak bardzo się starała, to nie zdołam dostać wszystkiego, czego pragnę.. Muszę wyciągać ręce po to co realne i nie zamartwiać się tym co było i tym, że może dokonałam jakiegoś złego wyboru lub podjęłam złą decyzję. Życie toczy się tu i teraz, każda z chwil ma swoją wartość..


Wystąpił błąd w tym gadżecie.